zaloguj się

« KMP od kuchni »

Kapitan Siódemka, 2010-06-08 01:18:41

Świętowanie medalu w Los Cubanitos Tegoroczne Klubowe Mistrzostwa Polski miały być dla naszego klubu przełomowe. Jechaliśmy w roli murowanych faworydzików. Niestety murawa zweryfikowała przewidywania bukmacherów. Wróciliśmy na tarczy, ale z medalami, tradycyjnie, bo już po raz trzeci, brązowymi.

Piątkowy poranek w słonecznym i zakomarzonym Burzeninie przywitał nas brakiem jednej z ekip (Ostródy) co implikowało za sobą zmianę systemu rozgrywek. I tak okazało się, że z każdą drużyną zmierzymy się na dystansie czterech rund. Nie ukrywam, że było nam to na rękę, bo im więcej gry tym bardziej miarodajne miały być wyniki.

Zaczęliśmy od starcia z Łodzią the Second. Szczęście już w tym meczu omijało nas szerokim łukiem. Wystarczy powiedzieć, że z teoretycznie najsłabszą ekipą turnieju 10 na 16 gier zakończyliśmy wynikiem poniżej 400 punktów. Mimo nie najlepszych składów wypociliśmy zwycięstwo 9:7. Jak się później okazało był to nasz najczęściej osiągany wynik.

Drugi mecz ze stołeczną ekipą Macaków, chcielibyśmy zapomnieć jak najszybciej. Niewiarygodne wprost szczęście miał Rydzu, który z Vincem wygrał mimo, że ten włożył mu 401 punktów, z Kobremem pokonał 429 punktów, a gdy przyszły mu gorsze litery to jego 348 i tak wystarczyły na żużel, który losował Adamson, bo bardzo fartownie dobrał do nieblokowalnego "hedszota" (harmonii). Adamson w tej partii przywalił SINTOIZM, ale widać było to za mało. Rydzu w końcu przegrał tylko z Yohem, bo 289 punktów to wynik, z którym na KMP partii wygrać się po prostu nie da. Spotkania z resztą także były tragicznie smutne. Wesul z Kobremem kładzie stratę HUI, ale dwa blanki skutecznie pomagają mu osiągnąć 10 punktów więcej w końcowym rozrachunku. Kosz z Robkamem nie wychodzi z 300 i tylko Vince miażdży cwaniaków z Wawki 3:1. Apogeum pecha osiąga Macak, któremu Michał Musielak układa dwie dziewięciokrotności w jednej partii. W tej samej rundzie swoją dziewiątkę z Kobremem dokłada Rydzu. Choćbyśmy stanęli na głowie i wsparli się uszami, nie mogliśmy ugrać nic więcej niż 6:10. Ta porażka już w drugim meczu ustawiła nas pod ścianą.

Mecz z Ghostem dwójką również do łatwych nie należał. Na szczęście 4:0 zrobił Koszu, 2:0 Vincenty, po jednej partii dorzucili Suchy, Macak i Kobrem i 9:7 i kolejne zwycięstwo stało się faktem. Wyniki Kobrema 297, 291, 318, Adamsona 297, Suchego 309 nie były zaplanowane taktycznie. Po prostu mieliśmy tak potwornego niefarta. Ukłony należy skierować do superlaseczki, która w partii z Kobremem przepuściła najsampierw POZAbaWIA przez leżące na planszy BA za 60 pkt, po czym Kobrem wrócił do gry z 40 punktową stratą. Następnie nie sprawdziła ona POZABAWIAJ na sklejkę za 30 i POZABAWIAJŻE za bagatela 60 co dało upragnione zwycięstwo, jak się później okazało na wagę całego meczu.

W kolejnych spotkaniach wzięliśmy się nieco mocniej do roboty i rozpykaliśmy 13:3 Wawę II i 12:4 Łodziaków Pierwszaków. Z Macakami II wszystko wygrał Macak Blanków i Kobrem, a Suchy, Kosz oraz Zaplutek_Dziadek ulegli tylko Kamilowi "Prosto" Kisterowi. Mecz ten skończył się bez większej historii, ale dodał nam animuszu i odebrał trochę otępienia po czarnym piątku. Z rozpędu rozbiliśmy także Działony. Suchy znów przegrał tylko raz podobnie jak Koszyczek. Bezbłędny był Vince i nawet Kobrem zrobił 3:1 :P. 12:4 z silną na papierze Łodzią dodało nam jeszcze więcej energii w pogoni za olimpijskim złotem. W tym momencie było nam to niezbędne mniej więcej w takim stopniu jak EPO Lance'owi Armstrongowi.

Czekały nas arcytrudne pojedynki z synami i córami Wawelu, a także z braćmi i siostrami Anny Jamróz Po dwóch rozegranych rundach z Krakowem i prowadzeniu 5:3, w dbałości nie tylko o rozwój intelektualny, ale i tężyznę fizyczną, w cichy sobotni wieczór postanowiliśmy zagrać doroczny piłkarski mecz scrabblistów. W tym roku nie było to jednak północ - południe, ponieważ uznano, że Wrocław jest za silny (deja vu?) :P i zagraliśmy składy mieszane: Ekipa jeden: Beau d'Eau w bramce, obrona Rybicki, Płachta, Rydzik, pomoc Szukalski, Jachna, Górka i na szpicy wysunięty Ciejka. Naprzeciw stanęli: Koalar, Prosto (który zdezerterował w trakcie gry), Broda Elektroda, Robkam, Michalak, Kosz, Kobrem i bardzo wysunięty niczym horyzont Gajdosz. Mecz zakończył się sprawiedliwym remisem a Kobrem kopnął Kamila Górkę w piszczel.

Okazało się, że Kobrem upolował Kamila także następnego dnia na scrabblownicy w pojedynku Siódemki z Krakowem. Ten trudny mecz wygraliśmy 9:7. Każdy do tego zwycięstwa dorzucił swoją cegiełkę i stało się jasne, że zagramy o zwycięstwo z Rumią. Niestety powtórzył się literowy koszmar znany nam już z pojedynków z Wawą i Łodzią II. Kolejny raz 10 partii bez wyjścia ponad pułap 400 pkt. Z tak dobrą ekipą oznaczało to klęskę w wymiarze 5:11 i odebranie wszelkich nadziei na Mistrzostwo. Najwięcej pecha mieli bez wątpienia Vince, któremu Kazik losując w końcówce dwie płytki wziął dwa blanuszki oraz Kosz, który z Hombą przegrał, bo ten sobie strzelił w ostatnim ruchu wyraz ŁUBNIE, a OSPS skwitował go zieloną buźką. Nieliczni twierdzą, że Homba wiedział, że łubień to element kopuły o kształcie pierścienia kołowego, ograniczający otwór w szczycie kopuły i dla hecy udawał, że strzela.

W imieniu całego teamu chciałbym serdecznie podziękować kibicom, którzy przyjechali, czatowali, zjadali paznokcie i zostawiali w Burzeninie spodnie i okulary. Wasze wsparcie było dla nas ważniejsze niż wynik, więc za rok może nas wspierajcie trochę mniej? :))))

Zobacz galerię z KMP 2010

Dodaj swój komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

Komentując możesz używać składni Markdown.

Get Adobe Flash player

nasza strona na facebooku
galerie
tajskie kości ;)
tajskie kości

wersja „nie wszystko Wam wolno, robaczki”, powstała w styczniu 2014 © bodo